Znicze

— Odpocznijmy – zaproponował odziany w lniane łachmany, pulchny staruszek, prowadzący za rękę kilkuletniego chłopca. Dziecko wyrywało się i biegało dookoła, najwyraźniej podekscytowane wyprawą. Matka po raz pierwszy pozwoliła mu wyjść tak daleko od domu. To miała być pamiętna noc dla młodego człowieka. Jaśniała setkami gwiazd. Korony drzew szumiały młodymi liśćmi, a na łąkach kołysały się wśród traw skrzypy i osty. We wsi nikt nie zamierzał kłaść się spać. Nie w tę noc, nie w Nowy Rok (dawni Słowianie obchodzili Nowy Rok wczesną wiosną – przypis red.).

— Tak już. Do rzeki jeszcze daleko! – oponował chłopiec, wywijając nerwowo krańce szarej koszuliny i rozmazując piąstkami kurz na policzkach.

— Parę kroków. Zobacz – dziadek wskazał palcem między kępę szumiących topoli. – Tam już jest rzeka. Widzisz? Świetliki fruwają.

— A co to świetliki? – zapytało dziecko, wbijając wzrok w drgające, jasne punkty między drzewami.

— Nie wiesz? Dawno, dawno temu Nica urodziła Znicze, Smoki i Żmije. Kiedy ich ojciec, Światowid, pokazał swoim dzieciom, jak wielki i wspaniały będzie Wszechświat, Znicze zapragnęły całej władzy dla siebie. Postanowiły zabić Światowida. Nie udało im się to i Wielki Ojciec chciał za karę zabić je wszystkie.

— Swoje dzieci?!

— Tak – staruszek uśmiechnął się łagodnie. – Ale kochająca Nica wstawiła się za swoim potomstwem.

— Nie zabił ich?

— Nie, nie zabił. Jednak kara musiała być.

— Dlaczego? – zapytał hardo chłopiec.

— Wyobraź sobie, że masz dużo braci. I ci bracia chcą zabić twojego tatę. Należałoby im się porządne lanie, prawda – Dziadek pokiwał palcem wskazującym przed nosem dziecka, po czym podjął opowieść już bez przeszkód. – Światowidowi nie było lekko, w końcu to były też jego ukochane dzieci. Ze smutkiem, ale jednak musiał zmienić swoich synów w gwiazdy. Później zresztą dostały rolę przewoźników dusz i bogów między tym światem a drugim. A Nicę, która broniła Zniczy, Światowid zepchnął w Pierwnicę zamiast nich. Do dziś udowadnia swoją miłość do dzieci, kurczowo trzymając się włosami i pazurami tego świata.

— No, ale świetliki?

— Spokojnie, spokojnie. Otóż najgorszy ze Zniczy był Miłorod. To on podjął decyzję o uśmierceniu ojca. Światowid nie mógł pozwolić, żeby Miłoroda spotkała taka sama kara, jak innych synów. Dlatego rozerwał go na tysiące tysięcy malutkich, świecących kawałeczków – te kawałeczki to właśnie świetliki. Zobacz, gromadzą się przy tamtej kępie – staruszek wskazał znów w kierunku topoli. – Chcą być razem, ale nie mogą. Wina Miłoroda jest tak wielka, że kara będzie trwała wiecznie.

Świetliki tymczasem rzeczywiście zebrały się w pokaźną, jaśniejącą chmarę. Wciąż przybywało kolejnych owadów. Po pewnym czasie nawet zaczęła bić od nich słaba łuna. Dziadek nie okazywał tego, ale był mocno zaniepokojony. Co prawda chłopczyk wyglądał na zachwyconego widowiskiem, jednakże w starczej głowie tliła się na widok nienaturalnej sceny coraz potężniejsza obawa przed jakimś nieznanym niebezpieczeństwem.

— Mama na pewno się niepokoi, chodźmy już – zarządził w końcu i pociągnął opierającego się wnuka w stronę wsi.

Tymczasem lśniąca kula przestała drżeć i opadła lekko na ziemię. Gdyby ktoś jeszcze się tam znajdował, zobaczyłby, że oto zebrały się tysiące tysięcy świetlików, by po chwili zapłonąć najczystszym blaskiem gwiazd i eksplodować, zalewając całą łąkę złocistym światłem. Jednakże nikogo nie było, toteż Miłorod nie miał świadków, kiedy postawił pierwsze od niepamiętnych czasów kroki na Ziemi.

– Mamo, mamo, widzieliśmy świetliki! A to są dużo-dużo kawałków Miłoroda, który chciał zabić tatę! – zawołał chłopiec, wpadając do domu.

Odpowiedziała mu cisza. Dopiero po chwili do sieni wszedł rosły mężczyzna, roztrzęsiony i spocony.

— Cześć, tato. Cześć, synu – uśmiechnął się i wziął w ramiona wierzgającego chłopca. – Znowu naciągnąłeś dziadka na opowieści, co?

— Wcale nie!

— Chcesz zobaczyć mamę? Chodź, przywitasz się z siostrzyczką.

— Siostrzyczką?

Dziecko w jednej chwili zapomniało o świetlikach i Miłorodzie i pobiegło za ojcem do sypialni, gdzie spała wymęczona, czarnowłosa kobieta, a obok w kołysce ssała palec nowo narodzona dziewczynka. Kiedy tylko mężczyźni weszli do pomieszczenia, matka przebudziła się i uśmiechnęła blado.

— Śpi – oznajmiła szeptem.

— Zdecydowałaś jakie imię?

— Wozgrza – kobieta wypowiedziała to z dumą.

— To niedobra wróżba – wtrącił staruszek, wychylając się zza szczęśliwego ojca.

— Będzie radosną i piękną dziewczyną, ulubienicą bogów. Zobaczysz – odparła zdecydowanym tonem matka i popatrzyła czule na kołyskę.

— To moja siostra. Skąd się wzięła? – nie wytrzymał w końcu chłopiec, podbiegając do łóżka i gramoląc się na mamę. W jednej chwili rosły mężczyzna chwycił niesforne dziecko pod boki i zdjął ze swojej żony.

— Zostaw, czuję się już lepiej – poprosiła z łagodnym uśmiechem kobieta, głaszcząc męża po dłoni, a po chwili zwróciła się do syna. – Tak, to twoja siostrzyczka, Wozgrza. Masz być dla niej dobry. Jesteś teraz starszym bratem i musisz opiekować się Wozgrzą. To twoja rola.

— Ojej… Ale będę mógł chodzić do Kacpra i Matiuszy?

— Oczywiście – odparła ze śmiechem matka.

— A to mogę się nią opiekować!

Następnego dnia wschodzące słońce miało krwistoczerwoną barwę. Ludzie nie wiedzieli do końca, co to oznacza, ale wszyscy byli zaniepokojeni. Wysłali już posłańców do nawężników i kołbiów, ale musieli uzbroić się w cierpliwość, nim nadejdą odpowiedzi.

Zaniepokojone drzewa szeleściły nerwowo liśćmi, kiedy bezkształtny cień przechodził ścieżką. Cofały lękliwie gałęzie i szeptały między sobą ostrzeżenia. Las wiedział. Bliżej nieokreślone, złe przeczucia miały też wilki, dziki i wiewiórki, które umykały jak najdalej od niewidzialnego zagrożenia, porzucając swoje zdobycze, nory czy unieruchomionych we wnykach towarzyszy.

Tymczasem on szedł – pozostawiał po sobie tylko wypalone ślady w pulchnej ziemi. Wiedział, że to jego noc. Jeśli teraz nie wykorzysta okazji, niebawem znajdą go i przepadnie już na zawsze. I domyślał się, że rozszarpanie na tysiące tysięcy kawałków naprawdę nie stanowi najgorszego, co może wymyślić Światowid. Tym bardziej, że stulecia mijają, a Ojciec z czasem robi się coraz bardziej zgorzkniały i srogi.

Dotarł wreszcie do chaty. Z wnętrza dobiegała tylko cisza. Fasada domu wpatrywała się w noc czarnymi oknami, w których głębi tliło się jedynie nikłe światło kaganka pozostawionego przy kołysce. Dziecko najwyraźniej bało się ciemności, bo kiedy tylko ojciec próbował zgasić światło, mała natychmiast się budziła i z energią syreny przeciwpożarowej zaczynała płakać.

Drzwi okazały się zamknięte na zasuwkę od środka. Po kilku szarpnięciach niewidzialną ręką, istota zrezygnowała i zaczęła szukać innej drogi.

Wozgrza się przebudziła. Dla niej samej sytuacja była co najmniej dziwna. Dziewczynka nie chciała jeść, nie potrzebowała przewinięcia, nie targnęła nią nagła tęsknota do matczynego głosu czy dotyku – po prostu się obudziła i nie mogła zasnąć. Rozglądała się dookoła z szeroko otwartymi oczami, kiedy jej niemowlęcą ciekawość przyciągnął nagły chrobot od strony pieca. W pokoju podniósł się obłok popiołu i powoli opadł na kamienną podłogę.

Nad kołyską wyrósł nagle jakiś cień. Pochylił się, jakby obserwując dziecko – a po chwili wyparował. Po prostu rozpłynął się w powietrzu.
Dziewczynka zasnęła, uspokojona.

Jeszcze przed wschodem słońca, koguta wyrwał ze snu straszliwy, rozdzierający krzyk. Ludzie wyglądali z domów i wychodzili na drogę, żeby – zwyczajem wszystkich ludzi świata – wspólnie deliberować nad czymś, o czym nie mieli pojęcia.

Matka Wozgrzy leżała przy kołysce. Spódnicę miała uwalaną w popiele, a po policzkach płynęły jej nieprzerwanym strumieniem łzy. Mąż kobiety stał przy piecu i usiłował zebrać myśli.

— Niemożliwe. To wiatr – oznajmił w końcu z całym zdecydowaniem, na jakie było go stać.

— Sam jesteś wiatr! – wrzasnęła matka, podnosząc do mężczyzny szare od popiołu pięści, po czym znów zaniosła się szlochem. – Moje dziecko! Zgubione! Na bogów, a prosiłam, powtarzałam, żebyś sprawdził wszystkie wejścia!

— Sprawdziłem, uspokój się. Nic się nie stało – oponował bez przekonania ojciec, aż wreszcie machnął na wszystko ręką, podszedł do kołyski i wyjął z niego słodko śmiejącą się dziewczynkę. – Jaki tam z ciebie dwudusznik, moje maleństwo… – wyszeptał do dziecka, bujając je na rękach. – To tylko wiatr, przecież nie będziemy aż tak przesądni. Żadne Zdusze nie byłyby na tyle głupie, żeby wejść w moją małą. Tatuś od razu by przepędził, o tak!

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi i do środka wszedł, nie czekając na zaproszenie, zdyszany, szczupły młodzieniec cuchnący potem i końmi.

— Psze pana, psze pana! Kołbiowie dali odpowiedź!

Matka poderwała się z podłogi i przypadła do gościa. Zaczęła szarpać go gwałtownie za ramiona i domagać się wyjaśnień. Chłopiec z trudem wyrwał się oszalałej kobiecie, stanął w bezpiecznej odległości za stołem i powiedział:

— Czerwony świt to znak, że zeszłej nocy zstąpiły Znicze. Ale wedle wszelakich znaków, żaden z nich nie opuścił stanowiska. Kołbiowie ustalili więc, że to sam Miłorod znalazł drogę.

W tym momencie młody człowiek musiał przerwać, bo matka znów zaskowyczała obłąkańczo, łapiąc się za głowę i padając na kolana.

— Są pewni? – zapytał grobowym tonem ojciec Wozgrzy.

— Na tyle, na ile w ogóle mogą być pewni. Twierdzą, że Miłorod zstąpił, żeby odzyskać to, co utracił w młodości. Powiedzieli też, że jeśli tamtej nocy narodziło się jakieś dziecko, należy je… – w tym momencie chłopiec zawiesił głos i spojrzał w milczeniu na kołyskę, a potem powiódł wzrokiem po rodzicach dziewczynki. – Czy ona urodziła się…? – zaczął niepewnie, ale mężczyzna mu przerwał:

— Wyjdź.

— Ale, psze pana, tak nie można! Musimy ją… No, psze pana!

— Wyjdź i ani słowa komukolwiek! – ryknął ojciec, zasłaniając dłońmi uszy Wozgrzy.

W kilka dni później na coraz bardziej czerwieniejącym niebie dało się zobaczyć dziewięć rozpalonych punktów z ognistymi ogonami, zbliżających się do ziemi. Niebawem znikły gdzieś na linii lasu.

Tego było za wiele – kilku mężczyzn złapało na podwórku chłopca, którego wysłali do kapłanów, i wycisnęło z niego odpowiedzi. Kiedy tylko po wsi rozeszła się wiadomość, że Wozgrza jest dzieckiem narodzonym podczas równonocy wiosennej, natychmiast zaczęły się wędrówki do domu rodziców dziewczynki. Minuta po minucie, godzina po godzinie ignorowali oni nieustające łomotanie w drzwi i konspiracyjne skrobanie w okna. Matka nie przestawała płakać, miotając się po sypialni, a ojciec chodził w tę i z powrotem po dziennym pokoju, kołysząc w ramionach małą. Dziadek zamknął się w sobie i bujał się w fotelu na biegunach, mamrocząc tylko od czasu do czasu coś, co brzmiało jak “niedobra wróżba, mówiłem” i “głupi, głupi, głupi”. Tylko kilkuletni syn niczego nie rozumiał i siedział u stóp dziadka, bawiąc się kawałkiem patyka i kilkoma kamieniami, bojąc się o cokolwiek zapytać. Zaś sama Wozgrza najczęściej spała i wydawało się, że w całej wsi to ona jest najspokojniejsza.

– Wojtek, wydój kozę. Potrzebujemy mleka dla małej, a mama nie czuje się najlepiej – powiedział do syna mężczyzna, kładąc ostrożnie dziewczynkę w kołysce i siadając z ciężkim westchnieniem przy stole.

Chłopiec wziął wiadro i bez słowa pobiegł do niewielkiej obórki, gdzie dwie kozy, nie zważając na otaczający je chaos, przeżuwały zwiędniętą trawę. Jednak dziecko przystanęło zdziwione i upuściło blaszane wiadro na ziemię.

Odkąd Wojtek pamiętał, jego rodzina miała zawsze jedną kozę. Białą, posłuszną, z nieco kaprawym spojrzeniem. Tymczasem obok niej stał rosły, szary kozioł. Podniósł wzrok na chłopca i przemówił meczącym głosem:

— Znowu nie-esie-esz coś dla małe-ej, co?

— No… Mleko.

— Czy ty się-ę je-eszcze-e w ogóle-e liczysz w te-e-j rodzinie-e?

— Jak to – chłopiec zastygł w skłonie, z rękami wyciągniętymi do leżącego wiadra.

— Wozgrza to, Wozgrza tamto. A ty? – kozioł przekrzywił łeb i splunął trawą. – Nie-e je-est łatwo mie-eć siostrę-ę, dookoła które-ej wszyscy bie-egają.

— Wcale nie wszyscy biegają.

— Kie-edy ostatnio bawiłe-eś się z Kacpre-em i Matiuszą?

— Skąd wiesz? – Wojtek wyprostował się i wytrzeszczył szeroko oczy.

— Trze-eba pilnować Wozgrzy. A obie-ecali ci, że-e bę-ędzie-esz mógł się-ę bawić z Kacpre-em i Matiuszą. Obie-ecali! – kozioł groźnie przeorał kopytem ziemię i potrząsnął łbem.

Nagle z domu rozległ się krzyk i chłopiec odwrócił się w stronę drzwi:

— Wojtek, co tak długo?! Mała musi zjeść!

Dziecko chwyciło wiadro i zwróciło się na powrót do kozła, ale już go tam nie było. Stara koza spokojnie przeżuwała swoją trawę.

Matka położyła się wreszcie do łóżka i zamknęła zmęczone, podkrążone oczy. Jej piersią wstrząsał od czasu do czasu nerwowy szloch, ale kobieta była już zbyt wyczerpana, żeby dłużej lamentować.

Właśnie zasypiała, kiedy poczuła mocny zapach bzu. Podniosła się z pościeli i rozejrzała się po pokoju, po czym skierowała wzrok za okno – na wietrze kołysał się spokojnie czarny bez i szumiał drobnymi listkami. Matka Wozgrzy podeszła do parapetu wyciągając dłoń w stronę rośliny, której – mogła przysięgać na wszystkie świętości – przed chwilą wcale tu nie było.

— Chce ci ją odebrać, a ciebie wpędzić w sszszaleńsztwo! – zaszumiało coś nagle między gałązkami.

Kobieta cofnęła rękę.

— Co? – spytała zaskoczona.

— Odbierze ci ją. Wpędzi cię w sszszaleńsztwo.

— Kto mówi? Kto odbierze?!

— Ty dobrze wiesszsz…

W tym momencie wyczerpanie dało o sobie znać i matka dziewczynki straciła przytomność, bezwładnie opadając na podłogę.

Następnego dnia z samego rana rozległ się trzask gwałtownie otwieranych drzwi i kobieta stanęła w pokoju dziennym. Bez słowa podeszła do kołyski i chciała wyjąć z niej córkę, ale wśród kołderek znalazła tylko trochę piasku. Omiotła spojrzeniem pomieszczenie: dziadek spał w swoim fotelu. U jego stóp drzemał Wojtek. Ogień huczał cichutko w piecu. Rozwścieczona kobieta wielkimi krokami przebyła pokój i wyszła na zewnątrz – po raz pierwszy od wielu dni.

Poraziło ją słońce. Opędziła się od wszystkich sąsiadów, którzy w jednej chwili do niej przypadli i zaczęli szarpać za rękawy i skraje spódnicy, po czym pędem puściła się w stronę lasu, wołając wniebogłosy:

— Bydlaku, dopadnę cię! Oddaj mi moje dziecko!

Słysząc krzyki, ojciec wraz z Wozgrzą w ramionach wychylił się z obory. Dostrzegł oddalającą się sylwetkę żony, krzyczącej niezrozumiałe groźby najwyraźniej pod jego adresem. Dokończył dojenie kozy i wrócił do chaty.

Tam z kolei od razu został zaatakowany przez syna, który – ciągnąc ojca za nogawki – zaczął jęczeć:

— Tato, chcę wyjść!

— Już o tym rozmawialiśmy…

— Obiecaliście, że będę mógł wychodzić! Chcę się pobawić!

— Skarbie, sam widzisz, że sytuacja…

— Ciągle tylko Wozgrza i Wozgrza! O mnie już nikt nie pamięta! Chcę iść na spacer do lasu, chcę się bawić z Kacprem i Matiuszą! Chcę nad rzekę! – Wojtek coraz bardziej podnosił głos.

— Wojtek, twoja siostra…

— Mam dość mojej siostry! Nienawidzę mojej głupiej siostry! Po co w ogóle wam ona?! – uniesiony złością i rozgoryczeniem chłopiec kopnął krzesło i wybiegł z domu.

Ojciec położył małą w kołysce i westchnął.

— Tato, też chcesz mi nawrzucać i pogalopować do lasu? – spytał z gorzkim uśmiechem, podnosząc wzrok na starca drzemiącego w bujanym fotelu.

— Głupi, głupi, głupi – wymamrotał nieoczekiwanie dziadek i zamilkł. Najwyraźniej jednak nie zdradzał ochoty do eskapad na zewnątrz, co było zresztą dość rozsądne biorąc pod uwagę fakt, że przed domem wciąż czekał rozentuzjazmowany tłum bliższych i dalszych sąsiadów, jak również całkiem obcych ludzi, którzy zauważyli, że coś się dzieje, więc dołączyli z czystej ciekawość. Przebijanie się przez tę ciżbę było dobre dla młodych, ale nie dla poważnych, starszych osób.

Mężczyzna zaczął podgrzewać w niewielkim rondelku mleko, gdy tymczasem staruszek zwlókł się ze swojego miejsca i podszedł do kołyski, gdzie leżała Wozgrza.

Pierwszą rzeczą, jaką można było zauważyć, był nieprzenikniony wyraz twarzy dziecka.

Umysłowość niemowląt z zasady nie jest na tyle rozwinięta, żeby od chwili urodzenia pojmowały takie aspekty kontaktów międzyludzkich jak blef, sarkazm czy dochowywanie sekretów. Umysłowość niemowlęcia raczej do skomplikowanych nie należy: emocje targające dzieckiem widać i słychać nawet wtedy, kiedy nie ma się na to najmniejszej ochoty. Maleństwo albo kwili radośnie, albo drze się z niepojętą dla normalnego człowieka mocą. Kiedy nie robi ani jednego, ani drugiego – najprawdopodobniej jest chwilowo zaskoczone i dopiero za chwilę przejdzie do którejś z normalnych opcji, albo ewentualnie śpi.

Wozgrza tymczasem nie wykonywała żadnej z tych czynności. Wyglądała, jakby spokojnie czekała na rozwój wypadków, jednocześnie nie chcąc zdradzać swojego do nich stosunku. Z umiarkowanym zainteresowaniem wodziła matowym wzrokiem za postaciami w pokoju, bezwiednie splatając i rozplatając palce dłoni. Co jakiś czas zdarzało jej się nawet usiąść, ale szybko kładła się, jeśli tylko napotkała czyjś wzrok, jakby nie chcąc zdradzić się z tym, że potrafi robić coś, czego absolutnie umieć nie powinna.

Dziadek chwycił ze stołu kuchenny nóż i wrócił do kołyski. W tym właśnie momencie do pokoju wszedł ojciec dziewczynki.

— Tato, oszalałeś?! – ryknął potężnym głosem, rzucił w kąt rondel z ciepłym mlekiem, szarpnął staruszka za ramię i wyrwał mu narzędzie. – Co ty robisz?! – wołał nadal, wyjmując z łóżeczka Wozgrzę i przytulając ją do piersi. – Pod moim dachem! I tak mi się odwdzięczasz! Wynoś się, stary wariacie, ale to już! Zejdź mi z oczu! – Wciąż obejmując córkę, mężczyzna kopniakami zaczął wypędzać zgarbionego starca. Dziadek nawet się specjalnie nie opierał. Zdjął z haka stary, sfatygowany, lniany płaszcz i opuścił domostwo.

Następnej nocy ojciec dziewczynki miał się przekonać, jak wielkim błędem było tak radykalne zwrócenie się przeciwko staremu człowiekowi: ucichło łomotanie do drzwi i przyjazne nawoływania. Na kilka godzin zapadła straszliwa, przygnębiająca cisza. Tym gorsza dla mężczyzny, że po raz pierwszy został w chacie zupełnie sam na sam z Wozgrzą. Powoli zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że w nikim nie ma już oparcia. Leżał więc na wznak w pościeli, ze wzrokiem wbitym w sufit i od czasu do czasu wzdychał ciężko. W kołysce, którą przeniósł obok łóżka, leżała dziewczynka – i również nie spała. Ojciec w ogóle już nie pamiętał, kiedy mała ostatnio zmrużyła chociaż na parę godzin oczy. Wyglądała, jakby było jej wszystko jedno.

Po tych paru bezsennych godzinach za oknami rozległy się szepty i przyciszone nawoływania. W następnej chwili nastąpił syk, a wnętrze domu napełniło się gęstym, gryzącym dymem.

Mężczyzna poderwał się z łóżka i otworzył okno. Do środka wdarło się jeszcze więcej kłębów i wystrzeliły języki ognia, które natychmiast strawiły firanki i zaczęły pląsać po drewnianych ścianach sypialni.

Ojciec dziewczynki chwycił córkę i wybiegł do pokoju dziennego. Tam płomienie szalały już w najlepsze, tańczyły na meblach i pożerały obrazy. Fotel na biegunach ze skrzypieniem kiwał się w gorących tchnieniach powietrza. Farba na suficie łuszczyła się i opadała z sykiem na rozpaloną podłogę. Mężczyzna przycisnął do piersi twarzyczkę Wozgrzy i kilkoma susami przypadł do drzwi. Szarpnął za rozgrzaną, mosiężną klamkę, po czym wyskoczył na dwór, zostawiając na niej część skóry z własnej dłoni.

— Czyście wszyscy poszaleli, mordercy?! – zawołał, widząc niewielki tłumek z pochodniami.

— Sprowadzisz na nas nieszczęście! Oddaj dziecko i odejdź stąd cały i zdrowy – odezwał się ktoś z wieśniaków.

— Dzieciak jest przeklęty, wiemy o wszystkim! Nie uciekniesz od wyroku! – dodał ktoś inny, potrząsając groźnie żagwią.

— Głupi zbrodniarze! – wycharczał w odpowiedzi ojciec dziewczynki. – Po moim trupie! – zawołał i rzucił się biegiem w stronę lasu, klucząc między domami i sadami.

Znalazł się na łące, na której niegdyś odpoczywał dziadek z chłopcem. On również postanowił chwilkę odsapnąć. Pogoń miotała się teraz po lesie, a jemu brakowało już tchu. Poza tym zdał sobie sprawę z tego, że od dłuższego czasu biegł z twarzą dziecka wtuloną w jego potężny tors i obawiał się, żeby Wozgrza nie miała duszności.
Odchylił główkę córki i spojrzał jej w oczy.

W następnej chwili wielka rozpacz targnęła ciałem mężczyzny. Zaskowyczał nieludzko i padł na kolana, wciąż trzymając bezwładne dziecko w ramionach. Szklany, nieruchomy wzrok Wozgrzy był wbity w lśniące na niebie gwiazdy. Małe usta, wykrzywione w bolesnym grymasie, ujawniały dwa ostre kły. Poparzone rączki zwisały bez życia.

W tej właśnie chwili nad zdruzgotanym ojcem zebrało się dziewięć sylwetek. Miały po dwie pary skrzydeł pokrytych opalizującymi, twardymi piórami, dzioby uzbrojone w rzędy ostrych zębisk, oraz krogulcze szpony. Skrzeczały od czasu do czasu, pochylając się do przodu i przekrzywiając szpetne łby. Z grzbietu jednej z poczwar zbiegła mysz i stanęła przed klęczącym mężczyzną. Zastrzygła wąsikami i utkwiła spojrzenie w człowieku.

— Niczego nie mogłeś poradzić – oznajmił gryzoń głosem starej kobiety i potarł pyszczek łapkami.

— Kim jesteś? Dlaczego? Cośmy zrobili? – zapytał chrapliwym głosem ojciec.

— Jestem Marzana. Wy…– Dlaczego zawsze wszystko musi kręcić się dookoła was? Niczego nie zrobiliście. Po prostu mieliście pecha, to wszystko – wyjaśniła usłużnie mysz.

— Pecha?! Nazywasz to pechem?! – ryknął mężczyzna, po czym położył na trawę ciało Wozgrzy, która coraz mniej przypominała dziewczynkę, a coraz bardziej małe diablątko.

— Mogliście od razu się jej pozbyć. Dostaliście odpowiedź od kapłanów. W tej chwili staralibyście się o drugą córkę. Normalną. Z jedną duszą.

— Zamknąłem wejścia. Jak to się stało? Dlaczego? – w człowieku stopniał gniew, a zamiast tego pojawiła się rezygnacja.

— To nie był zwykły Zdusz. Sam Miłorod zstąpił, ale przecież powiedzieliśmy wam to. Nie było rady. Musieliśmy wyrwać go z jego nowego gniazda. Miłorod zostanie zapomniany na wieki.

— Ale jak to się stało? Starałem się jak mogłem…

— Dobrze chroniłeś córkę. Sami Plątowie musieli interweniować, żeby jakkolwiek cię osłabić i móc przypuścić atak.

— Mogliście się bardziej pospieszyć – mruknął mężczyzna.

— Nie możesz nas oskarżać. Wiesz dobrze, że w czasie Nowego Roku Znicze odpoczywają i nie rozwożą dusz. To nie nasza wina.

Jakby na potwierdzenie tych słów, dziewięć monstrów załopotało osiemnastoma parami skrzydeł i pokiwało łbami.

W ciszy, jaka zapadła, rozległ się grzmiący, potężny głos dochodzący ze wszystkich stron jednocześnie, przesiąknięty na wskroś ogromnym smutkiem:

— Plugawcze! Wyrodny Miłorodzie! Jam ciebie i twoich braci zrodziła wijąc się w śmiertelnych bólach, kiedyście tryskali ze mnie obiema stronami! Jam ocaliła was przed słusznym gniewem Ojca, kiedyście chcieli go zgładzić! To ja zostałam zepchnięta w Pierwnicę, żebyście wy mogli cieszyć się istnieniem! To wreszcie ty, Miłorodzie, który zasługujesz na najgorsze męki, mogłeś dzięki mnie nadal żyć, choć w tysiącach tysięcy świetlnych punktów! I tak mi się odwdzięczasz?! Sczeźnij, Miłorodzie, i niech nawet bogowie zapomną, że kiedykolwiek cię urodziłam!

Ojciec Wozgrzy własnoręcznie ułożył stos i umieścił na nim małe ciałko, w którym tliła się dusza upadłego Znicza. Niebawem płomienie ogarnęły martwą dziewczynkę i z trzaskiem palonych włosów zamieniły ją w popiół. Wtedy zbliżył się szary kozioł z wiadrem w zębach i trącił rogiem mężczyznę.

— Nie mamy urny. To musi wystarczyć. Wbij w ziemię pal i zawieś na jego szczycie prochy. Zniczom będzie łatwiej złapać – wyjaśniła usłużnie mysz, po czym wdrapała się z powrotem na grzbiet jednej z poczwar.

Tak też człowiek zrobił: po chwili dziewięć monstrów z ciężkim łopotem skrzydeł uniosło się w powietrze i zatoczyło łuk. Jeden z potworów chwycił w szpony wiadro z popiołami, a po chwili wszystkie istoty znikły na niebie.

Mężczyzna jeszcze chwilę stał na polanie, po czym powolnym krokiem powlókł się w głąb lasu.

Autorstwo: Anna Wołosiak
Zdjęcie: M_Caballero (CC0)
Źródło: Czytelnia.Basnie.pl
Licencja: CC BY-NC-ND 3.0

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.