Piekielne wrota

W pierwszych dniach stycznia Biebrzę skuł lód. Ucichły bagienne łąki, pola i torfowiska. Na otwartych przestrzeniach, mokradeł niewiele pozostało zwierząt. Łosie skryły się w olszowych lasach. Wilki podążyły ich śladem. Tylko orły krążyły wysoko wypatrując zajęcy, kuropatw, cietrzewi.

Biel i czerń. Tak większość z nas postrzega koloryt stycznia. O śniegu zwykło się, bowiem mawiać, że jest biały.

Bartłomiejowi śnieg nigdy nie wydawał się biały. O świcie dźwięczał mu odcieniami różu, by wraz z podnoszącym się słońcem, w głębi cieni, odziewać się w barwę niebieskawą, z odcieniem paryskiego błękitu. Gdy chmury nadciągały nad Biebrzę, tak zwana biel umykała w kierunku zimnego szafiru lub brudnego granatu. Kierując wzrok w stronę cieni widział go brunatnym. Gdy zaś spoglądał w przeciwnym kierunku, niby to biały śnieg, zaskakiwał go szeroką paletą odcieni srebra. Bartłomiej czuł barwy jak mało kto, nie posiadał jednak ani palet, ani pędzli ani farb, ani wiedzy, którą adepci sztuki malarskiej zwykle nabywają w warsztacie mistrza. Miał jednak, w sobie, to, coś, co dla rasowego malarza jest niezbędne – zmysł obserwacji i nieposkromioną chęć do opisywania świata, w sobie tylko właściwy sposób.

Urodził się, dawno temu, nad Biebrzą, w okolicach dzisiejszej wsi Wroceń, jako pierwszy i jedyny syn rybaka. Bartłomieje, od wielu pokoleń, żyli na bagnie płodząc synów i przekazując im tajniki rzecznego rybaczenia.

Od wiosny do jesieni, rok po roku, jeździł, z ojcem, na rzekę wąską drewnianą łodzią, zwaną, w tej okolicy, duszychubką. Stawiał sieci i wybierał rybę. Zimą naprawiał sprzęt, smołował łódź i pomagał w gospodarstwie. W wolnych chwilach wypuszczał się samopas na biebrzańskie pustkowia by oglądać świat. Kilka razy do roku, od wielkiego dzwonu, a szczególnie w odpusty wraz z matką i ojcem odwiedzał miasteczko Goniądz. Tam właśnie, podziwiając freski i obrazy w parafialnym kościele, chłopiec zrozumiał, że świat można farbami nie tylko opisywać, ale i go interpretować. W goniądzkiej świątyni poprzysiągł sobie, że pewnego dnia zostanie prawdziwym malarzem. Nie podzielił się jednak, tym jakże osobliwym marzeniem z rodzicami. Dobrze wiedział, że Bartłomiej, syn rybaka, w przyszłości może być tylko i wyłącznie rybakiem.

Pewnego wietrznego, październikowego, dnia chłopiec nie pojechał, z ojcem, na rzekę. Męczył go kaszel i wysoka gorączka. Ojciec z matką ruszyli na ostatni jesienny połów. Dwa dni później Bartłomiej odnalazł odwróconą do góry dnem łódź. Na goniądzkim cmentarzu odprawiono symboliczny pogrzeb z pustymi trumnami. Wkrótce okolicę ścisnęła wyjątkowo mroźna zima. Dni stawały się coraz krótsze a noce coraz czarniejsze. Chłopiec przeważnie przesiadywał w drewnianej, krytej trzciną, chacie patrząc w ogień i zastanawiając się co dalej czynić ze swym życiem.

Pod koniec stycznia, w siedemnaste urodziny, sąsiad, z Wrócenia zaproponował mu odkupienie ojcowizny, na którą składał się mały kawałek pola, chata, łódź i rybackie sieci. Bartłomiej, krotko się zastanawiał i oddał rodzinną schedę za pierwszą cenę. W dzień po dobiciu transakcji, siwym zimowym świtem, z lekką duszą i ciężką sakiewką, ruszył w świat by zostać prawdziwym malarzem. Kilka wiorst za Wróceniem napadli go zamaskowani zbójcy, synowie podstępnego sąsiada. Pobitego i ograbionego wrzucili, w nigdy niezamarzające, oparzelisko na lewym brzegu Biebrzy. Ciało chłopca pogrążało się w granatowych wodach rzeki. Opadając ku rzecznej głębinie poczuł wielki ból w płucach, strach, a po chwili słodkie ukojenie. Zapadał się w nowym, nieznanym świecie, z poczuciem ulgi. Nagle jednak, pośród rzecznych alg, ciemności i chłodu zrozumiał, że nie spełnił jeszcze swego największego marzenia.

Traf, czy też może przeznaczenie, chciało, że narwiańska rusałka Nirve umówiła się w tym właśnie miejscu, ze swą, wielce niepunktualną siostrą Bobrą. Trzeba wam, kochani, w tym miejscu podpowiedzieć, że w owych czasach Biebrzę, z racji wielkiej obfitości bobrów zwano Bobrą. Rzeczne boginki zwykle nie dbają o losy śmiertelników a niekiedy wręcz przyczyniają się do ich zguby. Nirve jednak, czy to znudzona czekaniem, czy też może zachwycona urodą młodzieńca wydobyła go na brzeg, ocuciła i ogrzała oddechem. Powrócony życiu ujrzał nad sobą piękną młodą i co wielce osobliwe zważywszy na porę roku, całkiem nagą dziewczynę o wyjątkowo jasnej karnacji i długich ciemnozielonych włosach strojnych w wianek spleciony ze świeżych niezapominajek.

— Kim jesteś?

Oszołomiony całą sytuacją Bartłomiej i zachwycony urodą rzecznej boginki nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. Ułamał, więc źdźbło bagiennej trawy, zwanej turzycą, i na widmowo cienkiej warstewce śniegu pokrywającego pierwszą taflę rzecznego lodu, wymalował jej postać. Później długo rozmawiali i opowiedział jej swoją historię.

— Nie mam pieniędzy, których potrzebujesz by kupić od ludzi to wszystko, co niezbędne, aby kolorowymi obrazami opisywać wasz świat. Wiem jednak jak możesz je zdobyć. Idź na północ, a w widłach rzek; Jegrzni i Ełku, pomiędzy Czerwonym Bagnem a Lasem Ciszewskim odnajdziesz krąg siedmiu starych dębów. W pobliżu kręgu jest wielki głaz, u podnóża, którego znajduje się ukryta w gąszczu głogów szczelina. Miejsce to zwane jest Piekielnymi Wrotami. Zejdź w dół korytarzem a u wejścia do piekieł spotkasz diabła Kuwasę. Jest on nie tylko strażnikiem krainy cieni, ale i wielkiego skarbu. Kocha się w złocie, w czym nieco przypomina ludzi, z którymi spędził na ziemi być może zbyt wiele czasu. Bardziej od złota ceni jednak sobie mądrość i odwagę. Tam możesz zdobyć pieniądze, które utraciłeś. Jeśli jednak nie dadzą ci szczęścia przyjdź nad brzeg rzeki Narwi i po trzykroć wypowiedz moje imię a pokażę ci inny od waszego, być może ciekawszy świat.

Dwa dni później, wędrując o chłodzie i głodzie, Bartłomiej dotarł do Piekielnych Wrót. Łatwo odnalazł, z daleka widoczną, wśród bagien, wyspę. Nad Biebrzą miejsca takie zwie się grądzikiami. W owych, odległych czasach miejsce to było porośnięte starymi dębami i lipami, o grubych pniach pokrytych spękaną korą.

Dzisiaj są to najczęściej młode brzozowe laski z nielicznymi już ostańcami – świadkami dawnych dziejów. Stare lipy i dęby dawno temu wycięto i sprzedano. W pobliżu wielkiego, na chłopa, takiego, co i pięciu nie podniesie głazu, znajdowało się wejście do piekieł. Bartłomiej szybko się przeżegnał i bez wahania wpełzł do jamy. Wędrował ciemnym tunelem odpychając się łokciami kolanami, od wilgotnych i zimnych ścian. Z czasem droga stał się nieco szersza. Zsuwał się wciąż niżej i niżej to zgięty w pół, to pełznąc na brzuchu jak wąż.

Za kolejnym zakrętem tunel się rozszerzył. Mógł już iść niemal wyprostowany, było jednak coraz cieplej. Im bardziej opuszczał się w dół tym trudniej było oddychać ciężkim bagiennym powietrzem. Pot zalewał mu oczy a płuca przy każdym oddechu wypełniały się bólem. Szedł po omacku, niżej i niżej, ślizgając się po pochyłości. Za kolejnym zakrętem stracił równowagę i runął w czarną czeluść. Ocknął się na miękkiej wilgotnej i ciepłej ziemi, w sporej pieczarze oświetlonej łagodnym żółtym światłem. Powietrze było tu ciepłe, niemalże świeże z nutą metalicznego posmaku. Środek pomieszczenia wypełniało czarne, torfowe klepisko. Z boku tuż pod pochyłą ścianą dostrzegł małe, granatowe jeziorko. Resztę posadzki zajmowały sterty złotych monet, żarzących się niczym dogasające palenisko w wiejskim kaflowym piecu. W rogu na stosie monet siedział przystojny złotowłosy, niebieskooki, szczupły mężczyzna, o regularnych przyjemnych rysach wyglądający dokładnie tak samo jak Bartłomiej.

— Jak się miewasz Bartłomieju?

— Myślałem, że diabeł ma rogi, ogon, kopyta i szpetną twarz.

— Nie wierz we wszystko, co ludzie powiadają. Mogę wyglądać jak tylko zechcę. Powiedz, mój drogi, co cię do mnie sprowadza?

— Potrzebuję pieniędzy by kupić wszystko to, co niezbędne prawdziwemu malarzowi.

— Jak widzisz pieniędzy u mnie dostatek. Nie mam jednak w zwyczaju rozdawać ich za darmo. Hmmm… Niech pomyślę. Już wiem. Przynieś mi tu taflę lodu z rzeki bym mógł zrobić sobie z niej okno i oglądać przez nie chmury.

Bartłomiej nie zwlekawszy ruszył w drogę powrotną, która zajęła mu niewiele czasu i prawie wcale nie była uciążliwą. Musiały to sprawić kwasowe czary. Bartłomiej próbował na różne sposoby dostarczyć Kuwasie jego osobliwe zamówienie. Za każdym jednak razem docierał do skarbca z mniej lub bardziej wilgotnym pakunkiem, niezawierającym jednak ani kawałka lodu. Po siódmej próbie wpadł jednak na pewien pomysł.

Głodny i wyczerpany dotarł do Ciszewa, gdzie u zamożnego gospodarza zatrudnił się jako parobek. W stodołach wciąż trwała młócka. Bartłomiej przepracował kilka dni i za otrzymane wynagrodzenie kupił solidny szpadel i nieco prowiantu, po czym ruszył wprost do Piekielnych Wrót. Był koniec lutego. Wiosna stała za progiem. Po niebie żeglowały klucze gęsi. Skowronki dzwoniły spod chmur, na zamarzniętych w grudę polach suchym kirrek, kirrek nawoływały się kuropatwy. Łatwo odnalazł wejście do piekieł i niezwłocznie zabrał się do roboty. Od rzeki Jegrzni dzieliło je nie więcej niż sto kroków. Pracował od świtu do zmierzchu, a na noc wpełzał do ciepłej jamy.

Siódmego dnia otworzył kanał, przy wejściu do piekieł i patrzył jak lodowata woda wpływa do kuwasowego skarbca. Pod koniec dnia zasypał wejście, wziął wcześniej wyciętą taflę lodu, owiniętą mchem i płótnem i zsunął się w ciemność. W tunelu wciąż było ciepło, jednak znacznie chłodniej niż za pierwszym razem. Znał drogę na pamięć i wkrótce stanął twarzą w twarz z Kuwasą.

— Mam dla ciebie lód, przez, który chcesz oglądać biebrzańskie chmury.

— Sprytnyś. Bierz złoto i znikaj, muszę tu teraz zrobić porządek.

Bartłomiej wziął tylko kilka garści monet i ruszył w górę.

Nikt nie wie gdzie później terminował. Wiadomo jednak, że został wędrownym malarzem, pejzażystą. Zajęcie to nie dawało mu chyba wiele satysfakcji, bo szybko je porzucił. To, w co wkładał całą swą duszę było wszak dla ludzi niczym więcej niż widoczkami, które służyły do dekoracji wnętrz. Po kilku latach pojawił się ponownie nad Narwią, w okolicach Waniewa i po trzykroć przywołał rusałkę Nirve. Boginka powitała go jak dawno wyczekiwanego gościa i zgodnie z obietnicą wprowadziła w świat duchów bagienno rzecznej krainy.

I tak Bartłomiej rozpoczął nową odsłonę życia. Z radością tworzył obrazy duchów malując je na śniegu, lodzie, na trawach pokrytych rosą, a nawet na mgle. Wyczarowywał wizerunki magicznych postaci przy pomocy źdźbła trawy, trzcinowej łodygi, gałązki wierzby. Portrety mamutów, płanetników, wodników, utopców, polewików, południc, borowych, strzyg… Biebrzańskie mandale. Historia, którą wam opowiedziałem wydarzyła się dawno temu i obrazów Bartłomieja, co oczywiste nie z najdziecie w żadnym muzeum.

Czasem jednak, zimą, gdy wiatry nadciągną z północy Biebrza wygląda jak Bałtyk w sztormowy wieczór. Nie ma wtedy traw, nie ma drzew, bo wszystko znika, aby chmury stały się Biebrzą, a Biebrza chmurami. W takie to dni warto spojrzeć w górę i uważnie przyjrzeć się obłokom, bo niekiedy odbijają się w nich dawne obrazy Bartłomieja. Wizerunki płanetników, utopców, polewików, południc…

Autorstwo: Tomasz Lippoman
Ilustracja: Comfreak (CC0)
Źródło: Czytelnia.Basnie.pl
Licencja: CC BY-NC-ND

Ocena wpisu
  Liczba głosów: 0   Średnia ocena: 0
UWAGA! Jakiś film nie działa? Zgłoś to w komentarzu a postaram się szybko naprawić!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.