Król Maciuś na wyspie bezludnej – 32

Idzie Maciuś szosą ciemną w kierunku swojej ojczyzny. Nie cieszy się. Tylko tak mu się plącze w głowie myśl, że ot i z więzienia go wypędzono. Miał dach nad głową, miał chleb — dlaczego akurat dozorca się zlitował i zmusił do ucieczki? Ciężkie miał tam życie, ale czy nie trudniej myśleć, co robić dalej, niż nosić kosze z węglami? Pracować i tak musi, bo nie chce darmo jeść, choćby i dali. Ukrywać też się musi, bo nie może ciągle wojen prowadzić. Zatrzymał się i zapisał w swym pamiętniku:

„Życie jest jak więzienie.”

I jakby w odpowiedzi usłyszał śpiew słowika. Zatrzymał się, oparł o ogrodzenie i słucha.

Dlaczego ludzie nie są jak ptaki?

Wstąpił do karczmy, zjadł skromny posiłek. Postanowił iść pieszo. Niewielka suma pieniędzy wystarczy na drogę. Nie chciał jechać koleją. Wraca do kraju boso i na piechotę, tak jakoś wypada. Zresztą lepiej się myśli w drodze. Widocznie pszczółki głowy wtedy się kołyszą i prędzej fruwają.

O swojej śmierci dowiedział się z gazety w miasteczku, przez które przechodził. Tak lepiej. Przynajmniej go szukać nie będą. W drodze z tym i owym zagada — podwiozą go trochę — widzą, że z obcych stron. Znudziło się Maciusiowi kłamać.

— Jestem sierota. Wracam tu i tu.

Na resztę pytań odpowiada:

— To długa historia.

I najciekawsi więcej się nie pytają.

Aż zaszedł do ziemi, której był królem. Ukląkł i ucałował, jakby ją witał czy też przepraszał.

Zatrzymał go strażnik graniczny.

— Ty skąd?

— Ze świata.

— Dokąd?

— Do domu.

— A gdzie twój dom?

— Gdzie mój dom? Nie wiem.

— Masz papiery?

Przypomniał sobie Maciuś, że mu dozorca dał jakiś fałszywy papier. Podał go.

— Syn dozorcy więzienia?

— Nie — powiedział Maciuś z uśmiechem — syn króla.

— Ho-ho! Wysokiego jesteś rodu. No, ruszaj.

Nie uwierzył. A Maciusiowi wszystko jedno. Zmęczony. Nic mu pszczółki nie powiedziały — idzie w stronę stolicy, ale coraz wolniej. Zmęczony i głodny. Już nie ma ani grosza. Cały jego majątek fotografia matki — taka wytarta, że tylko jeden Maciuś poznałby królowę. Cały jego majątek — to ta fotografia, muszelka, kamyk i czarna kostka cukru — ołówka kawałek i ten kajecik-pamiętnik.

Zgodził się Maciuś za pastuszka.

Jest teraz Marcinkiem — dwie krowy pasie. Ciche zwierzęta. Lubią go.

Lubią go i ludzie. Cichy, posłuszny, usłużny i smutny; a najsmutniejszy, kiedy się uśmiecha.

— Musi dzieciak wielką przeszedł biedę: z oczu mu patrzy.

Były poranki chłodne, a Maciuś w polu krów pilnuje. Były deszcze i grady. Były dnie upalne, że aż język zasychał. Maciuś jakby nie spostrzegał: swoje robi.

Ani razu nie skusił się, jak inni chłopcy, nie pobiegł do lasu na poziomki, jeżyny, jagody. Ani razu krowy nie wlazły w szkodę.

A co wart, poznali sami gospodarze, kiedy jakaś dziwna gorączka przyszła. Nieważna choroba. Dwa dni zimno trzęsie, kości bolą, że jęczysz, w głowie szumi, a kaszel, zdaje się, piersi rozrywa. A potem osłabienie takie, że ledwo nogi wleczesz.

Jeden — tydzień bieduje, inny dłużej, a w całej wsi sam chyba Maciuś — dnia nie przeleżał. A każdego zastąpi, nic mu nietrudne, wszystko umie.

Chłop szanuje zdrowie.

— Na oko, chuchro — pańskie dziecko, a mocny.

Upodobali sobie Marcinka:

— Ostań na zimę.

— Zostanę.

Z chłopcami mało rozmawia. Bo chłopcy, jak to oni:

— A co, a jak, a skąd?

— Dumny, nie chce mówić.

Próbują go wciągnąć do kompanii:

— Chodź, głupi, na gruszki. Ogrodnik wyjechał.

— Nie pójdę.

— Boisz się?

— Nie boję się, a nie chcę.

Swoje krowy mu zostawiają, wiedzą, że Maciuś usłuży. Ale niech weźmie zapłatę.

— Masz gruszkę.

— Dziękuję.

— Podziękujesz, jak weźmiesz. Dlaczego nie chcesz?

— Kradziona.

Jeżeli sam nie bierze, to pewnie zaskarży.

I to nie.

— Rwałeś gruszki, urwisie?

— Nie rwałem.

— A wiesz, kto rwał?

— Może wiem, a nie powiem.

— Numerek! Pilnujcie tego przybłędy, gospodarze. Cicha woda brzegi rwie.

I trzasnął drzwiami.

— Każecie odejść? — pyta się Maciuś.

— A źle ci u nas?

— Dobrze, ale pan ogrodnik ma złość na mnie.

— Bo jesteś uparty. Trzeba powiedzieć, coś widział.

Maciuś się uśmiecha smutnym uśmiechem: ma opowiedzieć, co widział?

Nadeszła zima.

— Czy mogę chodzić do szkoły?

— Jak cię wezmą, to chodź. Roboty mało.

Idzie Maciuś do szkoły.

— Znajda idzie.

Maciuś nie znał porządków szkolnych. Idzie sobie, wchodzi z chłopcami, siada na ławce.

— To moje miejsce, ja tu zawsze siedzę.

Spędzają go z każdego miejsca — śmieszy ich to.

— Czy pani cię zapisała?

— Jaka pani?

Stanął przy ścianie, a oni wokoło.

— Ot dumy. Niech stoi. Zobaczymy, co pani powie.

Dzwonek. Siedzą — czekają.

Wchodzi pani.

— Coś ty za jeden?

— Marcinek.

— Czego chcesz?

— Do szkoły.

A tu wszyscy w śmiech. Pani się rozgniewała.

— Kto go tu sprowadził?

— Nikt. Sam przyszedł. Krowy pasał przez lato.

— I gruszki kradł.

— Znajda.

— Przybłęda.

— Obieżyświat.

A Maciuś — nic, jakby nie o nim mowa. „Obieżyświat” — tak, prawda, że pół świata obiegł i objechał.

Ale ci krzyczą, a pani patrzy na Marcinka i chce sobie przypomnieć, do kogo podobny.

— Czy ty mnie znasz, Marcinek?

— Pierwszy raz panią widzę.

— A ja ciebie już gdzieś widziałam.

— Bo on przybłęda, proszę pani.

— Wilkołak, proszę pani.

Wszyscy w śmiech. A tu wpada kierownik, który miał lekcję w sąsiedniej klasie.

— Co to za hałasy!

Porwał za uszy dwóch z pierwszej ławki, wyrzucił z klasy.

— Proszę pani, lekcji mieć nie mogę. Nie powinno być wrzasków w szkole.

Pogroził linią i wyszedł.

A nauczycielka, zawstydzona, jakby się miała rozpłakać.

— Usiądź, Marcinku, na pierwszej ławce. Dajcie mu książkę. Umiesz czytać?

— Umiem.

Podają książkę do góry nogami, żeby go wyśmiać.

Maciuś czyta płynnie.

— Opowiedz.

Maciuś swoimi słowami opowiada, ale nic nie przepuści.

— Uczyłeś się historii?

— Tak, trochę.

— Słyszałeś o Pawle Zwycięzcy?

— Słyszałem.

Więcej mówi niż w książce.

— Weź kredę i zrób zadanie.

Próbuje — nie umie.

— Znasz zagraniczne języki?

Już i chłopcy się dziwią. Nie śmieją się, patrzą ciekawie.

Ale naprawdę cicho się zrobiło, kiedy nauczycielka zapytała się z geografii:

— A możesz mi coś opowiedzieć o roślinach i zwierzętach gorących krajów?

Maciuś patrzy przez okno i jakby widział to wszystko, co opowiada. Tak wyglądają palmy, a tak liany. Takie owoce ma figa, takie pestki daktyle. Banany są smaczne. Takie są kokosowe orzechy. Tak nosorożec wygląda. O, taki będzie na wysokość. Młode są mniejsze, bywają i jeszcze wyższe.

Lew, tygrys, hiena, lampart, słoń, krokodyl, małpy, papugi, kanarki.

— Musi sam widział to wszystko — powiadają chłopcy — tak z książki się nie opowiada.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Autorstwo: Janusz Korczak (CC0)
Zdjęcie: Victoria_Borodinova (CC0)
Utwór z domeny publicznej

Ocena wpisu
  Liczba głosów: 0   Średnia ocena: 0

Opublikował

Poza internetem 21 godzin

Administrator

Administrator portalu "Jupi-Tupi".
Komentarze: 10Publikacje: 3484Rejestracja: 28-11-2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.