Król Maciuś na wyspie bezludnej – 19

Rozdział ten powinien się nazywać:

„Najdziwniejszy rozdział z książki o Maciusiu”. Bardzo to było dziwne.

Więc kiedy Maciuś postanowił zbadać dokładnie wyspę, wziął rewolwer i poszedł do lasu. Przepłynął zatokę, wylądował w miejscu, gdzie wyspa się za rzeką rozszerzała, i idzie.

Bo czy nie wstyd mieszkać na małej wysepce i nie znać?

Akurat wczoraj czytał Maciuś straszną, pełną niebezpieczeństw podróż do bieguna i pomyślał:

Oto odważni podróżnicy urządzają wyprawy do krajów wiecznego lodu i nocy, całe lata znoszą trudy, żeby poznać ziemię. Więc wstydem jest nie znać swojego miasta, swojego kraju albo wyspy, na której się mieszka. Jeżeli nawet są w lesie Murzyni, na pewno nie ludożercy, a zresztą będą uciekali. Od zwierząt Maciuś się obroni. Lepiej walczyć w lesie niż w kanale z wilkiem.

Idzie Maciuś — idzie — idzie — las coraz bardziej gęsty. W górze jakby dach zielony, aż ciemno. W dole pełno wijących się roślin, krzaków, a tak wszystko poplątane, że co krok — jakaś przeszkoda. Nie spieszy się Maciuś. W torbie, przerzuconej przez plecy, ma zapasy na cały dzień. Dormesko przyzwyczaił się do odległych wypraw Maciusia.

Idzie Maciuś — idzie — a im droga trudniejsza, tym większa w nim wzbiera zaciętość. Zrazu to tu, to tam błyśnie promień słońca, ale potem już nic: cały utonął w zieleni. Nie słychać już szumu morza. Cisza: nawet ptaki nie śpiewają.

Idzie Maciuś — idzie — ale się zmęczył. Usiadł i je śniadanie. Ukrajał kawał chleba i sera — posilił się. I teraz dopiero zadał sobie pytanie: „A co będzie, jeśli zabłądzę?”

Trzeba było wcześniej pamiętać, ale Maciuś jest młody i niedoświadczony.

Nie boi się, ale już prędzej idzie. Wyspa mała; jeśli Maciuś będzie szedł ciągle w jednym kierunku, prędzej czy później dojdzie do morza. Zresztą wróci tą samą drogą — pozna po śladach, po zgniecionych liściach i nadłamanych gałązkach.

Niestety — są ślady drogi, ale biegną w różnych kierunkach. Mogły zwierzęta przebiegać. Na śniegu, na piasku można odróżnić ślad ludzi i zwierząt, ale nie w gęstym lesie.

Idzie Maciuś, nasłuchuje, rozgląda się i żałuje, że nie wziął kompasu, który wskazuje cztery strony świata.

Wypoczął chwilę — znów idzie. Posilił się trochę, że był głodny trochę, że mu torba na plecach ciążyła. I szedł aż do wieczora.

Ano trudno: przenocuje w lesie. Trzeba wybrać drzewo, obejrzeć uważnie, czy wąż tam nie zechce nocować. Trochę niebezpieczny jest nocleg w lesie, ale nie bardziej niż wiele innych przygód, których Maciuś doznał.

I już spokojnym, zmęczonym krokiem posuwa się Maciuś naprzód. Gdy nagle usłyszał coś jakby płacz czy śpiew, jakby ktoś wzywał pomocy.

Naprawdę czy mu się zdaje?

Ostrożnie idzie w kierunku głosu. Ale zobaczył polankę, a w pośrodku wzgórze, a na wzgórzu — wieżę.

Wieża była z kamieni, u dołu szeroka, wyżej coraz węższa.

„Co to być może?”

Jakiś głos wychodzi z wieży — jakby śpiew, ale podobny do jęku.

„Zobaczę” — myśli Maciuś.

Obchodzi wieżę, wejścia nie ma. Trzeba dać jakiś znak, sygnał. Wystrzelił Maciuś w powietrze. Odpowiedziało mu echo, potem cisza.

Stoi Maciuś i nie wie, co robić. A tu się nagle odsuwa wielki kamień — widać otwór. Zbliżył się Maciuś, zajrzał do środka zdziwiony.

W środku wieży ujrzał siedem drabin, jedna nad drugą, oparte o wystające kamienie. Każda drabina ma siedem szczebli. Ale szczeble dolnej drabiny są blisko, tak że wejść łatwo, a im wyżej, tym szczeble dalej jeden od drugiego. Gdyby kto wchodził w górę, byłoby coraz trudniej. I jeszcze nie koniec. Dolne szczeble pierwszej drabiny grube i mocne, a im wyżej, tym cieńsze. Gdyby na nie stąpić, chybaby się złamały.

Maciuś widzi to wszystko. A nie wie, dlaczego w wieży jest jasno, chociaż nie ma ani jednego okna.

Patrzy Maciuś, a wysoko ktoś siedzi — jakiś człowiek — ma płaszcz z szarego płótna i sznurem przewiązany.

Już schodzi. Schodzi szybko — ale jak — Maciuś nie wie; bo płaszcz zasłania szczeble. Zesuwa się zręcznie, jakby sfruwał, nie widać, żeby stawał na szczeblach: zresztą musiałyby się złamać.

Nie wie Maciuś: wszystko tak szybko, tak nagle się stało — w mgnieniu oka. I oto stoi przed Maciusiem podróżny starzec z bardzo długą brodą. Patrzy na Maciusia, ale strasznie smutnym wzrokiem, jakim nawet smutny król nigdy na niego nie spojrzał.

I Maciusiowi nie wiedzieć skąd przyszła do głowy myśl:

„To jest reformator, któremu się nie udało”.

Starzec podniósł rękę do góry, od razu zrobiło się zupełnie ciemno. I usłyszał Maciuś jakby tysiąc naraz głosów, krzyków, płaczów, śmiechów, taki szum. I w ciemności zobaczył Maciuś tarczę zegara z cyframi godzin, które się same świeciły — i powoli posuwały się dwie ogniste wskazówki zegara: duża i mała.

Patrzy na zegar, nie może oczu oderwać, a w uszach hałas — i nie wie Maciuś, jak długo to trwało.

Nagle zapaliła się przy ziemi mała, zielona lampka i zobaczył Maciuś żelazną klapę. Podróżny nachylił się, podniósł ją lekko. A tam prowadzi znów jakaś drabina, ale głęboko, że końca nie widać. Podróżny schodzi pod ziemię, a Maciuś za nim. Nie jest ciekawy, nie boi się nic — idzie za podróżnym, tak jakby musiał.

Długo idą, coraz głębiej, głębiej — aż do wąskiego korytarza. Potem korytarzem tak niskim, że podróżny aż się pochylił. I wyszli na sam brzeg morza, akurat w miejscu, gdzie była przywiązana łódka koło rzeki.

Kiedy Maciuś wyszedł, podróżny nic nie mówiąc wskazał ręką łódkę, sam znikł w gąszczu leśnym. Zaczerpnął Maciuś ręką wodę z rzeki, napił się, bo usta miał spieczone. Usiadł, bo był zmęczony, i myśli: co to wszystko znaczy…

Kiedy Maciuś później wiele razy rozmyślał nad dziwną przygodą, zadawał sobie pytanie:

— A może mi się śniło?

Nie.

Nie, nie. Nie mógł zasnąć nad morzem, bo wyszedłszy z lasu, zaraz ruszył w drogę. Zresztą pamiętał drogę, którą szedł, wiele razy później szukał samotnej wieży podróżnego. Że cały dzień błądził w lesie, było pewne. W torbie brakło akurat tyle zapasów, ile pamiętał, kiedy, jak i gdzie zjadł. Nie mógł zasnąć w lesie, bo szukał przecież odpowiedniego drzewa na nocleg. No — a jeśli zasnął, jakimże sposobem znalazł się znów nad morzem koło łódki? Jeszcze miał Maciuś dwa dowody, że to była prawda: trzewiki były zakurzone, bo w korytarzu, przez który szedł, był kurz i piasek jak we wszystkich starych piwnicach. I rękaw był przedarty akurat w tym miejscu, gdzie Maciuś zahaczył o gwóźdź, kiedy schodził po drabinie pod ziemię.

Kiedy znacznie później czytał Maciuś grubą książkę, o której mówił na posiedzeniu nauczyciel geografii, książkę o bezludnej wyspie Białego Szatana, na stronicy znalazł Maciuś taką wzmiankę:

„Kiedy zaraza na wyspie wytępiła prawie wszystkich Murzynów, a pozostała garstka ukryła się w lesie za rzeką, nie było już tu co robić. Kupiec przeniósł się z rodziną do kolonii w południowej Afryce, nauczyciel wyjechał do Indii — podobno pozostał jeden tylko biały, staruszek, misjonarz Piotr. Nie chciał opuścić bezludnej wyspy, ale co się z nim później stało, nie wiadomo. Pewnie umarł, bo był bardzo stary.”

Maciuś nie mówił nikomu o tej przygodzie, bo nieprzyjemnie mówić, jeżeli mogą nie wierzyć. Ale potem szukał kilka razy polanki, wieży samotnej i pustelnika. Szukał bardzo uważnie w lesie koło rzeki wejścia do korytarza, którym go z wieży samotnej wyprowadził starzec. Ale nie znalazł nic. Cała przygoda pozostała tajemnicą. A pewien był Maciuś, że to nie sen: miał przecież dowody.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Autorstwo: Janusz Korczak (CC0)
Ilustracja: Angela_Yuriko_Smith (CC0)
Utwór z domeny publicznej

Ocena wpisu
  Liczba głosów: 0   Średnia ocena: 0
UWAGA! Jakiś film nie działa? Zgłoś to w komentarzu a postaram się szybko naprawić!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.